Jej rozmyślaniom nie było końca. Jednocześnie była rozdrożem dróg nie wiedząc, którą z nich wybrać, ograbionym z jesiennych liści drzewem i pozbawioną wody rzeką. Tak właśnie się czuła niepotrzebna i niechciana. Za to jej serce było niekończącą się otchłanią tęsknoty, smutku i żalu. Samotna i w samotności swoją rozpacz topiła w oceanie łez, który wylała. Od tej chwili to łzy i ból byli towarzyszami jej marnego życia. To one zastępowały wszystko i wypełniały każdą minutę. Minął jeden tylko jeden dzień, od kiedy Marek ją zostawił, a ona czuła jakby minęła wieczność. Jakby postarzała się o kilka lat. Przez te kilkanaście godzin wyparowało z niej wszystko w co do tej pory wierzyła, o co walczyła i to jak wiele poświęciła. W tamtym momencie była niezdolna nawet do płaczu.
Choć czuła się ogromnie zraniona, to nie była nawet zdolna do nienawiści. Jej serce wciąż było przepełnione miłością do niego. Rozumiała go. Choć od niego oczekiwała tego samego, tej małej odrobiny zaufania, to niestety. Nie był dość silny, by zaczekać. By dać szansę sobie, jej i temu dziecku, które ledwo się poczęło, które nic nie rozumiało i które nie było niczemu winne, a z którego on od razu zrezygnował. W jednej chwili wiele rzeczy, słów straciło swoją wartość. Obietnice bezgranicznej miłości, wielokrotnie powtarzane NIGDY NIE KOCHAŁEM I NIEPOKOCHAM NIKOGO TAK BARDZO, JAK CIEBIE przestały cokolwiek znaczyć. Uleciały, jak nic nieznaczący pył. Jak płonąca kartka, z której zostanie jedynie popiół. Taki sam los czekał ich akt małżeństwa. Za chwilę przestanie mieć najwyższą wartość. Będzie zwykłą kartką, jak inne. Będzie niepotrzebnym śmieciem, który lada chwila wyląduje w koszu. Obróciła obrączkę. Była idealnie dopasowana do jej palca. Tak samo, jak ona i Marek do siebie. Jej myśli zalał piękny film. Przywołała wspomnienia z ich ślubu. Pamiętała doskonale każdy jego moment, każdy szczegół, każdy drobiazg. Była w stanie odtworzyć każdą sekundę. Piękna biała suknia z zdobionym kamieniami gorsetem, którą miała na sobie, była oznaką nadziei i niewinności, w którą teraz zwątpił Marek. Delikatnie zaplecione blond włosy w romantyczny kok, określały jej osobowość. Zwyczajna dziewczyna, która ze wszystkich rzeczy na świecie, pragnie miłości i dla niej jest w stanie zrobić i oddać wszystko. Mały bukiecik z biało-czerwonych róż, miał symbolizować to wszystko. Tą siłę, że nadzieja, niewinność i pragnienie kochania i bycia kochanym, wystarczy. Że nic nie będzie w stanie zachwiać tej równowagi i harmonii, jaka między nimi była. Jego czarny, świetnie skrojony garnitur, przynajmniej dla niej oznaczał spokój. Dawał poczucie bezpieczeństwa. A dwie, złote, lśniące obrączki miały być dopełnieniem jedności, którą byli od roku. W uszach wciąż słyszała kościelną muzykę. Wciąż dźwięczały życzenia nielicznych gości. To był kameralny ślub. Najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół. Wciąż pamiętała i zapamięta na zawsze jego wyraz twarzy. Jego uśmiech, spojrzenie pełne miłości i pożądania. Nawet jego zapach, który do tej pory zwalał z nóg. Dwa obrazy jednego mężczyzny, teraz były, jak jeden obraz dwóch mężczyzn. Dwóch, różnych mężczyzn. Marek kiedyś. Marek dziś. Niesamowite, jak ludzie potrafią się zmienić. Jak potrafią nas zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie, kiedy się tego w ogóle nie spodziewamy. Jak szybko potrafią zmienić swoje uczucia. Niewiarygodne, jak szybko można zwątpić. Jak w pospiechu można wszystko stracić, odebrać sobie szansę, nie zdając sobie sprawy z tego, że może nie być drugiej szansy. Że nie będzie powrotu. Dopiero w takich sytuacjach można kogoś poznać najlepiej. No i właśnie wczoraj naprawdę poznała swojego męża. Jeszcze męża, bo za chwilę przestanie nim być.
-Jak możesz być w ciąży? Przecież dobrze wiesz, że nie mogę być ojcem tego dziecka – wrzeszczał nieprzerwanie od pół godziny, kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży. – Wiesz, że nie mogę mieć dzieci. Od samego początku o tym wiedziałaś. Zaakceptowałaś to – krzyczał. – Teraz po dwóch latach robisz mi taki numer?- jego złość narastała z każdym zdaniem.
-Nie wiem, jak to się stało. Sama sobie tego dziecka nie zrobiłam- szlochała przez łzy.
-Pewnie. Że nie sama, ale ze mną też nie. No, no………..-patrzył na nią zimnym wzrokiem.
-Co?- ledwo wydusiła.
-No, co, co? Co się głupio pytasz? Z kim się puś……- nie dokończył. – Kto to jest?
Milczała. W jej głowie huczało, niczym łoskot pędzącego pociągu. Oczy tonęły w nadmiarze łez, serce nie było już w stanie przyjmować kolejnych ciosów. Jego oskarżenia raniły, jak najostrzejszy nóż. Chociaż nie zrobiła nic złego, nie okłamała, ani tez nie zdradziła, to miała dziwne poczucie winy. Może lepiej, gdyby tego dziecka w ogóle nie było. Taka myśl przebiegła jej przez głowę. Mimo, że zawsze marzyła o dziecku, to przyjęła do wiadomości to, że Marek nie może ich mieć. Zaakceptowała to i wyszła za niego, bo go kochała. To dziecko było szczęściem i przekleństwem w jednym. Jedno szczęście było ceną drugiego. Nagle wszystko wokół zawirowało. Upadła. Po chwili otworzyła oczy. Leżała na kanapie. Marka nie było w zasięgu jej wzroku. Kiedy już się pojawił, patrzył na nią ciągle tym samym chłodnym i wrogim spojrzeniem. Chyba dopiero teraz dotarło do niej to co się stało. Wstała i po prostu wyszła. Nawet nie próbował jej zatrzymywać. Wróciła do swojego małego mieszkania. Zaduch panujący w długo nieodwiedzanym pomieszczeniu, spotęgował tylko ból głowy. Przez całą noc wyła do poduszki. Rano była, jak własny cień. Na jej telefonie było tysiące nieodebranych połączeń od Marka. Na ten widok cieszyła się i płakała jednocześnie. Wciąż bolały ją jego wczorajsze słowa, ale miała nadzieję, że może ochłonął. Około ósmej zjawił się przed jej drzwiami. Chociaż tego pragnęła, nie ucieszył jej jego widok. Sama wyglądała i czuła się fatalnie. Ubrana w dresowe spodnie i wyciągnięty sweter, nie robiła dobrego wrażenia. Zapuchnięte oczy świadczyły o tym, że płakała i nie spała całą noc.
-Po co przyszedłeś?- zapytała, nie patrząc na niego.
-Nie odbierasz telefonu, wczoraj wyszłaś bez słowa.
-A co chciałeś usłyszeć? Przecież i tak już mnie oceniłeś.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym Ci wierzyć. Jak bardzo chciałbym, żeby to było moje dziecko. Ale wyniki mówią same za siebie – jego głos był nieco spokojniejszy, niż poprzedniego dnia.
- A Ty myślisz, że co, że mi jest łatwo. Zaszłam w ciążę z facetem, który nie może mieć dzieci. Jakby tego było mało, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to niemożliwe. Na dodatek nikt mi nie wierzy – znowu ogarnął ją płacz.
-Sama wiesz, że to co mówisz jest nielogiczne. Więc może od razu się przyznaj, kto jest ojcem – wybuchł. Te słowa ogromnie zabolały. Bezwarunkowym ruchem uderzyła go w twarz, a po jej policzkach popłynęły strumienie łez.
-Wynoś się!- wykrzyczała, po chwili żałośnie szlochając. – Będziesz tego żałował.
Wyszedł. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Olga osunęła się o ścianę i kompletnie pogrążyła w morzu łez. Po powrocie do domu, Marek schował się w swoim gabinecie. Raz po raz dolewał sobie whisky. Jego oczy szkliły się od łez. Serce było rozszarpane z bólu na strzępy, a w jego głowie jedna myśl goniła następną. Nie mógł sobie z tym poradzić. Tak bardzo ją pokochał, a ona tak bardzo go skrzywdziła. Nie mógł znieść myśli, że jakiś inny facet mógł ją dotykać. Był rozbity. Żal i ból jaki czuła w tamtym momencie, sprawiał, że chciał, żeby Olga zniknęła z jego życia. Żeby przestała istnieć. Chciał zapomnieć, że kiedykolwiek ją poznał. Jednak im dłużej o niej myślał, jego uczucia były bardziej rozchwiane. Jednocześnie tak samo ją kochał i nienawidził. Dni mijały, oboje milczeli. Olga uznała, że lepiej będzie, jak nie będą się widywać. Choć ogromnie cierpiała z tego powodu, nic nie mogła zrobić. Musiała zacząć na nowo przyzwyczajać się do nowego życia. Życia bez Marka. Pierwsze tygodnie były najtrudniejszym okresem w jej życiu. Nigdy wcześniej nie czuła się tak podle, jak teraz. Zawiodła ją najbliższa osoba. Osoba, na którą najbardziej liczyła. Nawet to, że źle znosiła ciążę nie osłabiało jej tak, jak tęsknota za nim. Najgorsze było to, że milczał. Nie kontaktował się, nie odzywał, nie odwiedzał. Jedyną rzeczą, jaka sprawiała, że wciąż czuła, był jego zapach. Mimo, że już tyle czasu się nie widzieli, ona wciąż go czuła. Potrafiła go sobie wyobrazić, delektować się nim godzinami. W końcu przyjęła do wiadomości i na swój sposób pogodziła się z tym, że to koniec. Że jej i Marka już nie ma. Mimo to gdzieś głęboko w środku, była ta mała iskierka, że może…, że może jeszcze… kiedyś. Otuchy dodawało jej to dziecko, które niedługo się urodzi. Dzięki niemu miała siłę walczyć, by po prostu żyć. Siedem miesięcy w samotności, złośliwe uwagi rodziny jej męża, kiedy przypadkiem się spotkali i ten ciężar niesprawiedliwych win, był trudny do zniesienia, ale niczym w porównaniu do tego, gdy dostała pozew rozwodowy. Choć wydawało się, że limit wylanych łez został już wyczerpany, to w tamtym momencie jej oczy znów zrobiły się mokre. Serce ścisnęło się z żalu, a ból palił żywym ogniem. Termin rozprawy był bardzo krótki. Po kilku dniach zjawiła się w sądzie. Na korytarzu zauważyła Marka. Stał w towarzystwie swojego adwokata. Nie podszedł. Nie zapytał, jak się czuje. Zachowywał się w stosunku do niej, jak obca osoba. Za chwilę tak właśnie się stanie. Będą dla siebie zupełnie obcy. Nie mężem i żoną, nie przyjaciółmi, nawet nie znajomymi, tylko obcymi sobie ludźmi. Olga była sama. Była szczera wobec siebie i wobec niego, dlatego uznała, że adwokat jej niepotrzebny. Nie miała sobie nic do zarzucenia. Adwokat niczego nie zmieni. Nie cofnie tego, co nieuniknione. Wywołane nazwisko przesądziło o wszystkim. Po godzinie stało się to, czego nie chciała. To był drugi najgorszy moment w jej życiu. Drugi po tym, kiedy wyparł się ich dziecka. Widocznie tak musiało być. Tak los był jej pisany. Po dwóch miesiącach urodziła zdrową dziewczynkę. Była bardzo podobna do ojca. Miała nawet jego zapach. Dzięki niej wiedziała, że nigdy nie zapomni o Marku. Co prawda nie odezwał się do niej nigdy więcej, nie chciał zobaczyć córki, to Olga mu wybaczyła. Bo czym byłaby prawdziwa miłość, gdybyśmy nie umieli wybaczać. A poza tym podarował jej najpiękniejszy prezent. Córkę Ingę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz