wtorek, 3 lutego 2015

Zapach pamięci

Jej rozmyślaniom nie było końca. Jednocześnie była rozdrożem dróg nie wiedząc, którą z nich wybrać, ograbionym z jesiennych liści drzewem i pozbawioną wody rzeką. Tak właśnie się czuła niepotrzebna i niechciana. Za to jej serce było niekończącą się otchłanią tęsknoty, smutku i żalu. Samotna i w samotności swoją rozpacz topiła w oceanie łez, który wylała. Od tej chwili to łzy i ból byli towarzyszami jej marnego życia. To one zastępowały wszystko i wypełniały każdą minutę. Minął jeden tylko jeden dzień, od kiedy Marek ją zostawił, a ona czuła jakby minęła wieczność. Jakby postarzała się o kilka lat. Przez te kilkanaście godzin wyparowało z niej wszystko w co do tej pory wierzyła, o co walczyła i to jak wiele poświęciła. W tamtym momencie była niezdolna nawet do płaczu.

Choć czuła się ogromnie zraniona, to nie była nawet zdolna do nienawiści. Jej serce wciąż było przepełnione miłością do niego. Rozumiała go. Choć od niego oczekiwała tego samego, tej małej odrobiny zaufania, to niestety. Nie był dość silny, by zaczekać. By dać szansę sobie, jej i temu dziecku, które ledwo się poczęło, które nic nie rozumiało i które nie było niczemu winne, a z którego on od razu zrezygnował. W jednej chwili wiele rzeczy, słów straciło swoją wartość. Obietnice bezgranicznej miłości, wielokrotnie powtarzane NIGDY NIE KOCHAŁEM I NIEPOKOCHAM NIKOGO TAK BARDZO, JAK CIEBIE przestały cokolwiek znaczyć. Uleciały, jak nic nieznaczący pył. Jak płonąca kartka, z której zostanie jedynie popiół. Taki sam los czekał ich akt małżeństwa. Za chwilę przestanie mieć najwyższą wartość. Będzie zwykłą kartką, jak inne. Będzie niepotrzebnym śmieciem, który lada chwila wyląduje w koszu. Obróciła obrączkę. Była idealnie dopasowana do jej palca. Tak samo, jak ona i Marek do siebie. Jej myśli zalał piękny film. Przywołała wspomnienia z ich ślubu. Pamiętała doskonale każdy jego moment, każdy szczegół, każdy drobiazg. Była w stanie odtworzyć każdą sekundę. Piękna biała suknia z zdobionym kamieniami gorsetem, którą miała na sobie, była oznaką nadziei i niewinności, w którą teraz zwątpił Marek. Delikatnie zaplecione blond włosy w romantyczny kok, określały jej osobowość. Zwyczajna dziewczyna, która ze wszystkich rzeczy na świecie, pragnie miłości i dla niej jest w stanie zrobić i oddać wszystko. Mały bukiecik z biało-czerwonych róż, miał symbolizować to wszystko. Tą siłę, że nadzieja, niewinność i pragnienie kochania i bycia kochanym, wystarczy. Że nic nie będzie w stanie zachwiać tej równowagi i harmonii, jaka między nimi była. Jego czarny, świetnie skrojony garnitur, przynajmniej dla niej oznaczał spokój. Dawał poczucie bezpieczeństwa. A dwie, złote, lśniące obrączki miały być dopełnieniem jedności, którą byli od roku. W uszach wciąż słyszała kościelną muzykę. Wciąż dźwięczały życzenia nielicznych gości. To był kameralny ślub. Najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół. Wciąż pamiętała i zapamięta na zawsze jego wyraz twarzy. Jego uśmiech, spojrzenie pełne miłości i pożądania. Nawet jego zapach, który do tej pory zwalał z nóg. Dwa obrazy jednego mężczyzny, teraz były, jak jeden obraz dwóch mężczyzn. Dwóch, różnych mężczyzn. Marek kiedyś. Marek dziś. Niesamowite, jak ludzie potrafią się zmienić. Jak potrafią nas zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie, kiedy się tego w ogóle nie spodziewamy. Jak szybko potrafią zmienić swoje uczucia. Niewiarygodne, jak szybko można zwątpić. Jak w pospiechu można wszystko stracić, odebrać sobie szansę, nie zdając sobie sprawy z tego, że może nie być drugiej szansy. Że nie będzie powrotu. Dopiero w takich sytuacjach można kogoś poznać najlepiej. No i właśnie wczoraj naprawdę poznała swojego męża. Jeszcze męża, bo za chwilę przestanie nim być.

-Jak możesz być w ciąży? Przecież dobrze wiesz, że nie mogę być ojcem tego dziecka – wrzeszczał nieprzerwanie od pół godziny, kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży. – Wiesz, że nie mogę mieć dzieci. Od samego początku o tym wiedziałaś. Zaakceptowałaś to – krzyczał. – Teraz po dwóch latach robisz mi taki numer?- jego złość narastała z każdym zdaniem.

-Nie wiem, jak to się stało. Sama sobie tego dziecka nie zrobiłam- szlochała przez łzy.

-Pewnie. Że nie sama, ale ze mną też nie. No, no………..-patrzył na nią zimnym wzrokiem.

-Co?- ledwo wydusiła.

-No, co, co? Co się głupio pytasz? Z kim się puś……- nie dokończył. – Kto to jest?

Milczała. W jej głowie huczało, niczym łoskot pędzącego pociągu. Oczy tonęły w nadmiarze łez, serce nie było już w stanie przyjmować kolejnych ciosów. Jego oskarżenia raniły, jak najostrzejszy nóż. Chociaż nie zrobiła nic złego, nie okłamała, ani tez nie zdradziła, to miała dziwne poczucie winy. Może lepiej, gdyby tego dziecka w ogóle nie było. Taka myśl przebiegła jej przez głowę. Mimo, że zawsze marzyła o dziecku, to przyjęła do wiadomości to, że Marek nie może ich mieć. Zaakceptowała to i wyszła za niego, bo go kochała. To dziecko było szczęściem i przekleństwem w jednym. Jedno szczęście było ceną drugiego. Nagle wszystko wokół zawirowało. Upadła. Po chwili otworzyła oczy. Leżała na kanapie. Marka nie było w zasięgu jej wzroku. Kiedy już się pojawił, patrzył na nią ciągle tym samym chłodnym i wrogim spojrzeniem. Chyba dopiero teraz dotarło do niej to co się stało. Wstała i po prostu wyszła. Nawet nie próbował jej zatrzymywać. Wróciła do swojego małego mieszkania. Zaduch panujący w długo nieodwiedzanym pomieszczeniu, spotęgował tylko ból głowy. Przez całą noc wyła do poduszki. Rano była, jak własny cień. Na jej telefonie było tysiące nieodebranych połączeń od Marka. Na ten widok cieszyła się i płakała jednocześnie. Wciąż bolały ją jego wczorajsze słowa, ale miała nadzieję, że może ochłonął. Około ósmej zjawił się przed jej drzwiami. Chociaż tego pragnęła, nie ucieszył jej jego widok. Sama wyglądała i czuła się fatalnie. Ubrana w dresowe spodnie i wyciągnięty sweter, nie robiła dobrego wrażenia. Zapuchnięte oczy świadczyły o tym, że płakała i nie spała całą noc.

-Po co przyszedłeś?- zapytała, nie patrząc na niego.

-Nie odbierasz telefonu, wczoraj wyszłaś bez słowa.

-A co chciałeś usłyszeć? Przecież i tak już mnie oceniłeś.

-Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym Ci wierzyć. Jak bardzo chciałbym, żeby to było moje dziecko. Ale wyniki mówią same za siebie – jego głos był nieco spokojniejszy, niż poprzedniego dnia.

- A Ty myślisz, że co, że mi jest łatwo. Zaszłam w ciążę z facetem, który nie może mieć dzieci. Jakby tego było mało, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to niemożliwe. Na dodatek nikt mi nie wierzy – znowu ogarnął ją płacz.

-Sama wiesz, że to co mówisz jest nielogiczne. Więc może od razu się przyznaj, kto jest ojcem – wybuchł. Te słowa ogromnie zabolały. Bezwarunkowym ruchem uderzyła go w twarz, a po jej policzkach popłynęły strumienie łez.

-Wynoś się!- wykrzyczała, po chwili żałośnie szlochając. – Będziesz tego żałował.

Wyszedł. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Olga osunęła się o ścianę i kompletnie pogrążyła w morzu łez. Po powrocie do domu, Marek schował się w swoim gabinecie. Raz po raz dolewał sobie whisky. Jego oczy szkliły się od łez. Serce było rozszarpane z bólu na strzępy, a w jego głowie jedna myśl goniła następną. Nie mógł sobie z tym poradzić. Tak bardzo ją pokochał, a ona tak bardzo go skrzywdziła. Nie mógł znieść myśli, że jakiś inny facet mógł ją dotykać. Był rozbity. Żal i ból jaki czuła w tamtym momencie, sprawiał, że chciał, żeby Olga zniknęła z jego życia. Żeby przestała istnieć. Chciał zapomnieć, że kiedykolwiek ją poznał. Jednak im dłużej o niej myślał, jego uczucia były bardziej rozchwiane. Jednocześnie tak samo ją kochał i nienawidził. Dni mijały, oboje milczeli. Olga uznała, że lepiej będzie, jak nie będą się widywać. Choć ogromnie cierpiała z tego powodu, nic nie mogła zrobić. Musiała zacząć na nowo przyzwyczajać się do nowego życia. Życia bez Marka. Pierwsze tygodnie były najtrudniejszym okresem w jej życiu. Nigdy wcześniej nie czuła się tak podle, jak teraz. Zawiodła ją najbliższa osoba. Osoba, na którą najbardziej liczyła. Nawet to, że źle znosiła ciążę nie osłabiało jej tak, jak tęsknota za nim. Najgorsze było to, że milczał. Nie kontaktował się, nie odzywał, nie odwiedzał. Jedyną rzeczą, jaka sprawiała, że wciąż czuła, był jego zapach. Mimo, że już tyle czasu się nie widzieli, ona wciąż go czuła. Potrafiła go sobie wyobrazić, delektować się nim godzinami. W końcu przyjęła do wiadomości i na swój sposób pogodziła się z tym, że to koniec. Że jej i Marka już nie ma. Mimo to gdzieś głęboko w środku, była ta mała iskierka, że może…, że może jeszcze… kiedyś. Otuchy dodawało jej to dziecko, które niedługo się urodzi. Dzięki niemu miała siłę walczyć, by po prostu żyć. Siedem miesięcy w samotności, złośliwe uwagi rodziny jej męża, kiedy przypadkiem się spotkali i ten ciężar niesprawiedliwych win, był trudny do zniesienia, ale niczym w porównaniu do tego, gdy dostała pozew rozwodowy. Choć wydawało się, że limit wylanych łez został już wyczerpany, to w tamtym momencie jej oczy znów zrobiły się mokre. Serce ścisnęło się z żalu, a ból palił żywym ogniem. Termin rozprawy był bardzo krótki. Po kilku dniach zjawiła się w sądzie. Na korytarzu zauważyła Marka. Stał w towarzystwie swojego adwokata. Nie podszedł. Nie zapytał, jak się czuje. Zachowywał się w stosunku do niej, jak obca osoba. Za chwilę tak właśnie się stanie. Będą dla siebie zupełnie obcy. Nie mężem i żoną, nie przyjaciółmi, nawet nie znajomymi, tylko obcymi sobie ludźmi. Olga była sama. Była szczera wobec siebie i wobec niego, dlatego uznała, że adwokat jej niepotrzebny. Nie miała sobie nic do zarzucenia. Adwokat niczego nie zmieni. Nie cofnie tego, co nieuniknione. Wywołane nazwisko przesądziło o wszystkim. Po godzinie stało się to, czego nie chciała. To był drugi najgorszy moment w jej życiu. Drugi po tym, kiedy wyparł się ich dziecka. Widocznie tak musiało być. Tak los był jej pisany. Po dwóch miesiącach urodziła zdrową dziewczynkę. Była bardzo podobna do ojca. Miała nawet jego zapach. Dzięki niej wiedziała, że nigdy nie zapomni o Marku. Co prawda nie odezwał się do niej nigdy więcej, nie chciał zobaczyć córki, to Olga mu wybaczyła. Bo czym byłaby prawdziwa miłość, gdybyśmy nie umieli wybaczać. A poza tym podarował jej najpiękniejszy prezent. Córkę Ingę.

 

Być tą drugą

Po wyjeździe w daleki świat setki kilometrów od domu czułam się wolna i szczęśliwa. W końcu mogłam sobie pozwolić na szalone zakupy za ciężko zarobione pieniądze, wyjść do klubu, nie myśleć ile mam pieniędzy w kieszeni...Pracując w małej knajpce poznałam Marcina... Na początku po prostu za sobą nie przepadaliśmy i rzadko w ogóle ze sobą rozmawialiśmy (tylko i wyłącznie na tematy służbowe).Wiedziałam, że ma dziewczynę, z którą był już od dłuższego czasu dlatego nawet nigdy nie przeszła mi przez głowę myśl o "nas".

Kiedy z czasem zaczęliśmy rozmawiać o życiu muzyce zainteresowaniach okazało się ze wiele nas łączy nawet więcej, brzmi to banalnie ale większość miłosnych historii takich właśnie jest. Czytał w moich myślach...wiedział co mam zamiar powiedzieć co myślę...Jego niebieskie oczy przeszywały mnie na wylot a jego piękny uśmiech po prostu nie mógłby być nieodwzajemniony. W cale nie chciałam się w nim zakochać, ale moje zachowanie, bezsensowne żarty i gubienie się w przestrzeni 4/4 wyraźnie dawało mu do zrozumienia, że po prostu uległam jego urokowi osobistemu.

Nigdy do niczego się nie przyznawałam, nigdy nie sprawiałam mu komplementu, nie chciałam być skrzywdzona, nie chciałam by wykorzystał moje uczucia. Z czasem zaczęliśmy się spotykać poza pracą. To wpadł naprawić okno...to tamto,zawsze był jakiś powód. Aż po jednej z imprez kiedy wyszłam do toalety zaczepił mnie na korytarzu i właściwie przywarł do ściany i namiętnie pocałował a ja tak bardzo czekałam na to, bardzo tez chciałam tego uniknąć, ale dałam się ponieść chwil . Był to wspaniały pocałunek, który sprawił ze miałam ochotę na jeszcze więcej bez względu na konsekwencje bez względu na wszystko. W głębi duszy liczyłam, że ją zostawi w końcu jego nieobecność w domu wyłączanie telefonów dawały mi wyraźnie do zrozumienia, że chyba związek z nią się rozpadnie....tym bardziej, że z upływem kilku miesięcy wyznał mi miłość.

Od tego momentu nie mógł się opamiętać by mi o tym nie przypominać...spacerowaliśmy, graliśmy w bilarda, tańczyliśmy, jedliśmy lunch na trawie w parku właściwie to na skrawku zieleni w centrum miasta, gdzie nikt oprócz nas by się tam nie zmieścił...czułam się wyjątkowa, czułam że latam. Siostra oczywiście typowa realistka radziła mi z tym skończyć ale ja nie chciałam by umknęła mi nawet sekunda kiedy miałam możliwość się z nim spotkania bez względu na wszystko.

Toaleta stała się moim azylem spędzałam tam cale wieczory pisząc pamiętnik notując każdą maleńką chwile z nim spędzaną, palca i rozmyślając co jest dobre a co złe ale nie mogłam z tego zrezygnować, przyniósł mi tyle szczęścia. Kiedyś wracając po pracy do domu autobusem wyznałam mu, że się- zakochałam miałam 20 lat i nigdy nikomu nie wyznałam swojej miłości, czekałam na niego. Z czasem sytuacja zaczęła mnie męczyć bo nic się nie zmieniło, byłam ta druga i tego nie mogłam znieść i choć kochałam go ponad życie wiedziałam ze nie ma sensu walczyć skoro on nie ma siły by od niej odejść. Wydawało mi się ze miał bardzo wygodne życie u wykształconej i dobrze zarabiającej kobiecie, która tolerowała wszystkie jego wybryki. W pracy jednego dnia zmywając naczynia nie wytrzymałam i choć jestem zazwyczaj twarda i nie lubię okazywać zbytnio swoich uczuć po prostu rozkleiłam się na maxa...nic mnie nie było w stanie powstrzymać. Na szczęście szef zwolnił mnie do domu, Marcin nawet nie zdążył zobaczyć moich, łez słyszał tylko co się wydarzyło. Wiedziałam, że ten związek nie przetrwa i choć tłumacze sobie tak wiem, że byłam naiwna i może nawet sobie na to zasłużyłam. Jednak dla takiego przeżycia, dla tych kilku miesięcy warto było cierpieć przez następne 2lata. Czytając swój pamiętnik widzie jaką byłam niedojrzałą dziewczyną i może tez się oszukiwałam, byłam samolubna myślałam tylko i wyłącznie o swoim szczęściu nie zważając po drodze na nikogo. Byłam tak zaślepiona miłością, że nic innego nie miało dla mnie znaczenia.

Z czasem Marcin został zwolniony z pracy (ułożyło mi z tego powodu) o wiele łatwiej było po prostu zapomnieć. Kiedyś poprosił o spotkanie w parku na "naszej" ławce chciał porozmawiać powiedział, że nie odejdzie od niej, ciesze się, że chociaż po tak długim czasie życia w stresie i niewiedzy było go stać powiedzieć mi to prosto w twarz. Ja oczywiście nie wzruszona przyjęłam to całkiem spokojnie po czym z podniesioną głową odeszłam nie oglądając się za siebie nie chciałam dać mu satysfakcji, że jego podstępna gra skrzywdziła mnie jak nikt inny. Wsiadłam do autobusu i odjechałam. Pewnie każdy uzna ze historia wcale nie jest romantyczna ale ja kochałam całym sercem i dusza i mimo wszystko chciałam się z wami tym podzielić.

czwartek, 29 stycznia 2015

Srebrną żyletką na dłoni wycinam kolejne znaki…choć czuje jak bardzo to boli…choć widzę jak krew z mych ran płynie… nie przerwę swego natchnienia co razem z żyletą po dłoniach lekko płynie…Po fakcie ocieram ręce z ran krwawych śladów…składam je równo w podzience…że nie zabiłam sie odrazu…, że tym razem choć blisko kresu życia byłam…powstrzymałam się…dlaczego?… może w coś w końcu uwierzyłam…może ostatni raz szansę sobie dałam…wiem jedno następny raz końcem będzie i dla Was gdy znów sięgnę po zbrodnie…nie powstrzymam się napewno…zginę…na ścianie krwią własną napiszę…
Przepraszam Cię
Ona- była piękna otaczała się chłopakami, zawsze była w centrum uwagi, no ogół była wesoła, ale w duszy miała smutek…
On- był typem samotnika, wiele osób interesowało, co nosi w duszy, dlaczego właśnie taki jest…
Ona- przeprowadziła się tu, bo jej ojciec znalazł dobrą prace w okolicy…
On- mieszkał tu od urodzenia, ale zawsze chciał się stąd wyrwać…
Kiedy pierwszego dnia pojawiła się w szkole każdy chciał ją poznać, ale ją interesował on, ten który siedział sam z dala od wszystkich…
Była pierwszą dziewczyną, którą się zainteresował, chociaż jego szkole było mnóstwo dziewczyn to na żadną wcześniej nie patrzył tak jak na nią…
Okazało się, że chodzą do jednej klasy, kiedy tylko weszła do klasy zauważyła koło niego puste miejsce podążyła w jego kierunku…
Uśmiechnęła się i zapytała czy może usiąść, odwzajemnił jej uśmiech, wszyscy patrzeli ze zdziwieniem, nigdy do tej pory się nie uśmiechał…
Czas mijał zaprzyjaźnili się, po kilku tygodniach od pierwszego pojawienia się w szkole poprosił ją o poważną rozmowę, umówili się po szkole w parku…
On- musze Ci coś powiedzieć.
Ona- Stało się coś?
On- nie, chciałem Ci tylko powiedzieć, że…
Ona- Że? No, co chciałeś mi powiedzieć?
On- Może to głupie, ale kiedy cię zobaczyłem pierwszy raz od razu Cię pokochałem…
Ona- Już się bałam, że nigdy tego nie powiesz :), ja też cie bardzo kocham.
On- zostaniesz moją dziewczyną ?
Ona- Tak :)
Dni mijały a oni byli nie rozłączni. Zawsze byli razem…
Tacy szczęśliwi wszyscy im zazdrościli…
Pewnego dnia ojciec oznajmił jej ze dostał nowa prace za granica i musza się jeszcze w tym tygodniu przeprowadzić… ona nie wiedziała jak mu to powiedzieć…
Zadzwoniła do niego…..
On- halo….
Ona- wiesz tata dostał nowa prace w Anglii i jeszcze w tym tygodniu musimy się przeprowadzić kocham cie- rozłączyła się…
Następnego dnia nie było jej w szkole. Postanowił do niej pójść… Drzwi otworzyła ona…
On- kochanie jakoś przetrwamy ten czas zaraz wakacje przyjadę do ciebie…
Ona- Nie mogę tak dłużej. Dam sobie rade bez ciebie, bo już cie nie kocham już zapomniałam, co było miedzy nami to już koniec… zamknęła drzwi…
Nie wierzył, co usłyszał poszedł do domu zamknął się w swoim pokoju…
Przejechał żyletka po żyłach… zasnął…
Jego matka znalazła go po 2 godzinach… już nie żył….
Kiedy ona się o ty m dowiedziała przyjechała jak najszybciej mogła lecz na pogrzeb nie zdążyła. Położyła się przy jego grobie wyjęła żyletkę prześciela wzdłuż żył.. zasnęła…
Na drugi dzień jogo matka ja znalazła…
Przy niej leżał list, w którym pisała…
Przepraszam was za to, ale nie mogę bez niego żyć….

Kocham ;D

Ona - ciągle uśmiechnięta, roztrzepana, szalona. Miała pełno pomysłów na każdy dzień, na każdy wieczór. To zawsze ona rozruszała każdą imprezę, nawet tę najsłabszą i nudną. Miała wielu przyjaciół. Kochała ich z całego serca. Potrafiła nie spać całą noc, słuchając w słuchawce, jak jej najlepsza przyjaciółka opowiada o najcudowniejszej randce, jaką kiedykolwiek przeżyła. Szczupła brunetka, duże niebieskie oczy... czasami wyglądała jak anioł. Na ulicy każdy chłopak się za nią obejrzał. Uśmiechała się i szła dalej. Dla niej wygląd nie miał znaczenia. Pielęgnowała to, co w środku. A "tu" też była aniołem. Pomocna, uczynna. Okaz energii. Ona, Patrycja.- On uwielbiał imprezy, dziewczyny, alkohol i szybką jazdę. Nauka szła mu ciężko, ale był chłopakiem bystrym i inteligentnym. Wianuszek dziewczyn otaczał go już pod koniec gimnazjum, a gdy poszedł do liceum, zmieniał dziewczyny jak skarpetki. W miesiącu miał kilka. Bawił się nimi. Każdy to mówił i wiedział. Jednak mimo to miał wielu przyjaciół, którzy nie pochwalali jego zachowania, ale wiedzieli, że to przecież jego życie. Trudno było mu się oprzeć. Wysoki, wysportowany, ciemny blondyn. Niebieskie oczy i słodki uśmiech przyciągały każdą dziewczynę. Kumple uwielbiali w nim to, że kochał dobrą zabawę i wiedzieli, że zawsze mogą do niego przyjść, gdy rzuciła ich laska. Był lojalny wobec przyjaciół. Nigdy nie odbił dziewczyny swojego kumpla. Nie potrafił. Nawet, gdy ona chciała, on odmawiał, krzycząc na nią, co sobie wyobraża, zdradzając jego przyjaciela. On, Mateusz.Jak się poznali? Mateusza wyrzucili z liceum, w którym obecnie się uczył. Przenieśli go do klasy, w której była Patrycja. Dziewczyna pamięta ten dzień, gdy Mateusz wszedł do sali. Każda z jej koleżanek od razu poprawiła włosy i uśmiechnęła się najsłodziej, jak potrafiła. On z niewinnym uśmieszkiem usiadł za Patrycją. Już wiedział, którą dziewczynę "zaliczy" jako pierwszą. Zawsze miał swój plan. Podszedł do Patrycji na długiej przerwie. Poprawił koszulę i wyszczerzył lśniące zęby. Przedstawił się i pocałował ją w dłoń. Każda dziewczyna patrzyła na tą scenę z zazdrością w oczach. Rozmawiali o jego poprzedniej szkole, o tej. Był miły i czarujący. Potrafił urzec dziewczynę w 20 minutWeszli razem do klasy, usiedli razem w ławce. Tak było przez najbliższy tydzień, aż Mateusz poprosił Patrycję, aby się z nim umówiła. Nie zgodziła się. Odeszła, pozostawiając Mateusza otępiałego, wpatrującego się w jej postać odchodzącą powolnym krokiem. Nie poddał się. Jeszcze żadna dziewczyna mu nie odmówiła. Wiedział, że wreszcie dojdzie do ich randki. Nie mylił się. Krążył koło Patrycji 2 tygodnie, aż wreszcie dziewczyna zgodziła się spotkać.Spędzili bardzo miło czas. Poszli na soczek, później do parku. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Zarówno o ważnych sprawach, jak i o tych błahych. Czuli się przy sobie bardzo swobodnie. Odprowadził ją do domu, pocałował? Pragnął tego. Nie dlatego, żeby ją "zaliczyć", ale żeby po prostu dotknąć jej lśniących ust. Oddała pocałunek. Był krótki, ale na pewno na długo zapamiętany.Mateusz nie wiedział, co się dzieje. Spędzał z nią każdy dzień, każdą wolną chwilę. Czuł się przy niej tak błogo. Pragnął dotykać jej włosów, całować usta, czuć jej obecność i zapach. Pomyślał to pierwszy raz, gdy siedział z kumplami na piwie i ona weszła z koleżankami. Takie niespodziewane spotkanie, w ogóle się nie umawiali. Wtedy, patrząc na nią, jak tańczy i rusza biodrami, pomyślał: "O nie? To nie możliwe. To nie może być prawda. Ja ją naprawdę kocham... kocham". Pokochał ją. Pokochał jej słowa, oczy, czyny. Chciał być z nią na zawsze. Na zawsze...- Ty kochasz Patrycję? Kochasz Ją? - usłyszał od swojej najlepszej przyjaciółki, gdy powiedział, co tak naprawdę czuje. Marta - przyjaciółka od lat. Nigdy nie popatrzyła na niego, jak na obiekt westchnień, tak samo było z nim. Znali swoje słabości, swoje mocne strony, każdy grzech i każde marzenie. A teraz Marta nie dowierzała własnym uszom. Mateusz się zakochał! Casanova, jakich mało, kochał naprawdę.- Powiedz jej to - poradziła mu Marta.- O nie. Tego nie zrobię. Nie wiem, czy ona mnie... - podparł policzek ręką i dalej kartkował zeszyt od biologii. Marta usiadła obok i oparła się o jego ramię.- Mateusz, nie przejmuj się. Coś wymyślimy... Powiesz jej, nawet gdybyś nie był pewien jej uczuć, ważne, że będzie wiedzieć, że ją kochasz. A ja wiem, że to prawdziwa miłość, jeszcze nigdy nie powiedziałeś o żadnej dziewczynie, że ją kochasz.W pewnym momencie zadzwonił telefon. Mateusz sięgnął do kieszeni po komórkę i odczytał sms-a: Jestem w barze. Wpadnij. Muszę Ci coś powiedzieć. To ważne. Patrycja".Pojawił się po 10 minutach. Pocałował ją delikatnie w policzek i usiadł naprzeciw niej.- Co się stało? - spytał naprawdę przejęty. Martwił się, że coś się stało. Patrycja siedziała smutna i zamyślona, aż w pewnej chwili rozpłakała się, zaniosła się strasznym płaczem. Mateusz wyprowadził ją z baru. Poszli usiąść na ich ulubioną ławkę do pobliskiego parku. Przytulił ją. Ona wtuliła się w niego i zaczęła szlochać. Nie wiedział, co się dzieje, co ma zrobić. Mówił, aby się uspokoiła, żeby mu powiedziała, co się stało, a ona jeszcze bardziej płakała. W końcu usiadła i powiedziała to w tak normalny, prosty sposób, jakby czytała książkę:- Jestem chora. Wczoraj były ostatnie badania. Mam raka mózgu. Lekarze dają mi małe szanse na przeżycie. Chemioterapia? chemioterapia chyba nic nie da?Podniosła wzrok. Mateusz stał, patrzył się w jej cudownie niebieskie oczy i płakał. Pierwszy raz. Ona ciągnęła:- Tak bardzo się cieszę, że cię poznałam. Chociaż wiem, że jestem kolejną twoją zdobyczą... ale się cieszę. Jesteś takim wartościowym chłopakiem. Tak bardzo... tak bardzo cię pokochałam.Wtuliła się w niego. Przytulił ją tak bardzo mocno, jakby ostatni raz trzymał ją w ramionach. Stali tak chwilę. Odgarnął jej włosy i wyszeptał:- Skarbie, ja też cię kocham. Naprawdę cię kocham. Z całego mojego serca. Tylko ciebie. Zawsze ciebie. Musisz żyć. Musisz. Rozumiesz?- Jak to? Co? Kiedy? Ale... Tak. Przyjadę.Mateusz rzucił telefonem o ścianę. Osunął się na ziemię, przykrył twarz dłońmi i zaczął płakać. Jego mama weszła do kuchni. Ukucnęła przy nim, a on wyrzucił z siebie potok słów, łkając przy tym jak małe dziecko. Umarła. Mój skarb. Lekarze dali jej rok, minęły 3 miesiące. Umarła. A mnie przy niej nie było...Mama przytuliła go, chociaż wiedziała, że to i tak nie pomoże.- Mateusz? Możesz przeczytać ostatni list Patrycji?- zapytała go mama dziewczyny.- Tak. Przeczytam.Było tyle ludzi. Wszyscy płakali. Jej ciało było ułożone w białej trumnie. W niebieskiej sukience i w delikatnych loczkach wyglądała jak mały anioł. Była aniołem. Każdy był tego pewien. Mateusz stanął przy trumnie. Wyciągnął pogniecioną kartkę i zaczął czytać."Kochani!Jestem taka słaba. Wybaczcie, że Was opuszczam. Moje ciało, chociaż dusza... Dusza zawsze będzie z Wami.Mamo, tato, dziękuje Wam za ciągłą opiekę i cierpliwość, to dzięki Wam zobaczyłam po raz pierwszy słońce, to dzięki Wam jestem.Przyjaciele, kocham Was, wiecie, prawda? Ale chcę wam to teraz powiedzieć, przez Mateusza. Kocham Was. Zawsze będę Was kochać. To wy dawaliście mi te chwile szczęścia. Dziękuję.Mateusz, skarbie, tak ciężko mi pisać do Ciebie. Kocham Cię. Kocham Cię czystą miłością. Zawsze tak będzie. Pamiętaj. Będę Twoim Aniołem Stróżem. Zawsze będę przy Tobie. Gdy będzie Ci źle wznieść oczy ku górze, ja będę siedzieć na którejś z gwiazd. Naszych gwiazd. Będę na Ciebie tutaj czekać. A kiedyś znów zatańczymy razem...Mamo, niech list przeczyta Mateusz. Tylko on pewnie się teraz trzyma.Skarbie, pomagaj moim rodzicom. Oni potrzebują teraz mnie, ale Ty jesteś częścią mnie. Pamiętajcie wszyscy o tym...Dziękuję?Patrycjaa?Zgniótł kartkę w dłoniach. Zaczął płakać...- Skarbie, spotkamy się. Obiecuję Ci najwspanialszy taniec... ?powiedział, dotykając policzka dziewczyny.Każdy podchodził do trumny, Mateusz odszedł na bok. Usiadł na ławce, wyjął kartkę, napisał coś?Strzał.- Mateusz!!! Nie?Marta zemdlała. Mateusz leżał w kałuży krwi. Z pistoletem w dłoni. Patryk, jej brat, podniósł kartkę leżącą obok. Zaczął czytać, łkając."Wybaczcie. Wybaczycie, wiem. Poszedłem zatańczyć pierwszy i ostatni taniec w niebie z moim aniołem. Będę z Wami. Tak samo jak nasz skarb. Pochowajcie mnie obok Patrycji. Teraz... Proszę. Chcę być z nią, Wybaczcie. Mamo, tato, Patryk, trzymaj się stary. Marto. Przepraszam rodziców Patrycji. Miałem pomóc... Opowiem Wam kiedyś we śnie, co u nas. Obiecuję. Kocham Was, ale mojego anioła bardziej...Mateusz?...

Dzień jak codzień :(

Opowiem wam jak wyglada mój dzien ....
Heh nie ma to jak żyć i wstawac w świadomości gdzie nikt cie nie kocha , mają twoją obecnośc za nic..
Tak właśnie traktuja mnie najbliżsi ...
Dzień jak każdy wstaje .. normalnie funkcjonuje ,lecz cały czas sama rodzina nie zauważa mnie ..
Nie interesuje ich to co jest dla mnie ważne wolą mojego brata mnie maja gdzieś ...
Nie widzą jak mnie to niszczy ...
Oni zabieraja moje rodzeństwo gdzieś mnie nie zapraszaja , twierdza ze jestem nikim dla nich ...
Cały czas wszystkiemu winna jestem ja ;(
Dlaczego tak musi być??
Znajomi wyśmiewaja sie ze mnie , przezywają choć tak naprawde mnie nie znaja ..
Jest mi z tym źle cały czas płacze nocami bo już tak nie daje rady ...
Nikt kto ma rodzine nie potrafił by tak jeśli wszyscy cie olewaja ...
Takie życie nie jest dla mnie , takim życiem nie da sie normalnie życ i w nim funkcjonowac ...
Chce z tym skończyc ...
Może bedzie najlepiej skończy sie to piekło ...
Może wtedy zainteresuja sie troche tym co było ... Kto to wie?
Życie dla mnie jest niczym pięknym ....
Niektórzy sie śmieją a że pisze tego bloga .. I co im do tego pisze bo lubie bo mam taka potrzebe ..
Każdy by tylko się śmiał ,, To niech spróbuje się zamienić zobaczymy jak długo wytrzyma w takim życiu "

Trzymajcie sie ... oby lepiej niz ja ;(